wspólnota czytelnia
ludzie strona główna
wydarzenia adresy
linki
problem osoby w sercu miłości tajemnica ojca tomasz
doktor list do przyjaciela wprowadzenie do
arystotelesa człowiek wobec śmierci powołani do miłości o
wspólnocie o
adoracji o
marcie robin
M.-D. Philippe, List do przyjaciela (fragment)
Zagadnienie to może być rozwijane w filozofii na dwóch różnych poziomach: na poziomie fizycznego wszechświata wziętego jako całość, oraz na poziomie człowieka, duchowego stworzenia obdarzonego wolnością. Bóg pomyślał wszechświat stwarzając go, pomyślał go w swojej mądrości wpisując weń porządek, realizując w nim porządek wzajemnych uprzyczynowań, hierarchiczny porządek doskonałości w różnych stworzeniach fizycznych, nieożywionych czy ożywionych. Porządek – którego w rzeczach naturalnych i biologicznych nieustannie poszukują nauki przyrodnicze i biologiczne – jest jak echo, odbicie głębokiego porządku Bożej mądrości; porządek – którego poszukuje także filozof rozpatrując wszechświat i to-co-żyje – jest skutkiem właściwym Bożej Mądrości; właśnie dlatego, że wszechświat został stworzony z mądrości i w mądrości Boga, posiada on w sobie głęboką i jakże harmonijną intelligibilność.
Stworzywszy wszechświat w swojej mądrości, Bóg zachowuje go i nim rządzi. W spojrzeniu Boga-Stwórcy, zachowawcy , wszystko w tym wszechświecie jest intelligibilne. Nawet materia jest dla Boga przejrzysta, ponieważ jest owocem Jego myśli. Tymczasem jednak – nie dlatego, że wszechświat jest przez Boga myślany musi być doskonale zdeterminowany i nie może w nim być wynaturzeń, wypadków, ułomności. Bóg bowiem zechciał go stworzyć z jego materią, ta zaś jest źródłem indeterminacji i potencjalności. Bóg tego tak chciał. O ile dla Boga nie ma przypadku (zna On bowiem wszystkie «niepowodzenia» materii), dla nas zawsze istniało będzie coś, co umknie naszemu, nawet najbardziej zaawansowanemu, poznaniu naukowemu, technicznemu; nigdy nie będziemy mogli bowiem wyeliminować tego radykalnego elementu indeterminacji, którym jest materia, chciana i stworzona przez Boga wraz z naszym wszechświatem.
Stwierdzenie, że Bóg wszystko w naszym wszechświecie przewiduje i że rządzi nim nie oznacza, że wszystko musi być zdeterminowane, doskonale, całkowicie, bez żadnych wynaturzeń, bez żadnych uszczerbków. Należy raczej zrozumieć, że wynaturzenia, uszczerbki są poznawane i dopuszczane przez wzgląd na wyższą równowagę, wyższy porządek całości wszechświata a ostatecznie, przez wzgląd na człowieka [5]. Dlatego też to, co nazywamy złem naturalnym, fizycznym nieporządkiem, brakiem porządku, brakiem określonej formy jest – w spojrzeniu mądrości Boga, przyporządkowane wznioślejszemu porządkowi wszechświata.
Czy Bóg nie mógłby jednak stworzyć doskonałego fizycznego wszechświata? Nie można odpowiedzieć przecząco, ponieważ On stwarza w wolności, według swojej mądrości; można jednak powiedzieć, że rządzi On z niezrównaną inteligencją; nie można powiedzieć, że mógłby On rządzić bardziej inteligentnie i bardziej mądrze.
Jeśli zaś chodzi o człowieka, stworzenie duchowe, można powiedzieć, że Bóg patrzy na niego w swojej mądrości i nim rządzi w pierwszym rzędzie nie jako częścią wszechświata, jak to czyni w odniesieniu do materialnych części wszechświata, lecz dla niego samego (tak taż na niego patrzy). Człowiek bowiem posiada chciany przez Boga cel osobowy; posiada on ducha i poprzez tego ducha nie stanowi on już części pewnej całości, lecz sam w sobie jest «całością». Można również powiedzieć, że Bóg stworzył wszechświat i że nim rządzi ze względu na człowieka i dla niego. Jedynym celem fizycznego wszechświata jest jego najwznioślejsza część, człowiek posiadający ducha. Według mądrości Boga, materia może być jedynie dla ducha, tak jak stawanie się dla bytu Stwierdzenie, że człowiek jest jedynie jakimś momentem w ewolucji naszego wszechświata momentem, który musi zniknąć, jest zapomnieniem tego, że materia nie jest zasadą właściwą konstytuującą byt, lecz stawanie się oraz, że duch z istoty swojej definiuje się «względem» bytu, a nie stawania się.
Skoro cały fizyczny wszechświat przyporządkowany jest człowiekowi, można powiedzieć, że człowiek jest prawdziwie arcydziełem Boga-Stwórcy i że jest w sposób szczególny przedmiotem Jego Opatrzności i Jego rządów. Posiadając bowiem duchową duszę, ducha, człowiek otrzymuje od Boga zdolność do myślenia i kochania, organizowania się i kierowania sobą. Bóg jest dla niego Ojcem w pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ przekazuje mu duchowe życie: życie światła i miłości. A jako że przekazywanie to dokonuje się w miłości, Bóg nieskończenie szanuje taką duchową duszę, takiego stworzonego przez siebie ducha, kocha go tak jak kocha siebie, daje mu kierunek, przyciąga go, inspiruje go, oświeca go, szanując jemu właściwy sposób działania: jego biologiczne prawa i duchowe uwarunkowania. I pozostawia mu wolność w jego wyborach. Akceptuje więc, że dobrowolnie człowiek odwróci się od Niego, że o Nim zapomni, by patrzeć jedynie na to, co bezpośrednio dane, zmysłowe, bliższe jego uwarunkowania. Opatrzność Stwórcy i Jego rządy nie narzucają się człowiekowi w sposób tyraniczny, z bezwzględną koniecznością, ponieważ on nim rządzi tak, jak się rządzi z miłością inteligentym bytem, zdolnym nadać sobie samemu kierunek. Bóg dopuszcza więc, że byt ten zamknie się we własnej pysze, On dopuszcza błąd. Można by jednak zapytać czy jest to naprawdę dobry sposób kochania. Czyż w rzeczywistości ów sposób kochania nie jest zły, czy nie jest to jakaś słabość? Przez swoją winę człowiek bowiem niszczy siebie, odwraca się od swojego prawdziwego szczęścia. Bóg, który go kocha, nie powinien na to pozwalać! Czyż w tym pozwoleniu Bóg po cichu nie współuczestniczy, czy nie jest to brak miłości?
Nie można tego powiedzieć, ponieważ Bóg chcąc stworzyć ducha zdolnego do myślenia i kochania, nie może go zmusić do kochania. Pozwolenie na błąd nie jest więc słabością, lecz najbardziej radykalnym poszanowaniem ducha, domaga się tego sama miłość stwarzająca ducha. Zmuszanie ducha do tego, by kochał oznacza zniszczenie go jako ducha, oznacza jego pogwałcenie. Bóg, stwarzając ducha, szanuje to czym ten duch jest. Rządzi nim jak duchem, a więc angażując się względem niego i zostawiając mu możliwość odwrócenia się od siebie. Inny sposób działania byłby zdradą własnego dzieła.
Utrzymywanie, że dopuszczanie zła, które można by zatrzymać jest współuczestnictwem w tym złu, a więc że Bóg, zezwalając na błąd podczas gdy mógłby go zatrzymać, staje się współuczestnikiem tego błędu, jest niezrozumieniem całkowicie odmiennej sytuacji Boga-Stwórcy względem stworzonego ducha, w porównaniu z sytuacją w jakiej znajduje się nasza wola wobec zła, którego obecność stwierdzamy. My działamy zawsze od zewnątrz; Bóg działa od wewnątrz, bezpośrednio, głęboko – na każdego stworzonego ducha. O ile więc my możemy powstrzymać zło, mamy zrobić wszystko, by je powstrzymać, wiedząc, że będziemy odpowiedzialni, jeśli mogąc je powstrzymać, pozwolimy by się «panoszyło» przez nasze zaniedbanie lub przez fałszywą koncepcję wolności. Bóg jednak nie może powstrzymać błędu nie niszcząc przy tym wolności człowieka. Zdumiewającą rzeczą jest to, że Ten, który działa w miłości w sposób tak intymny tym samym jest Tym, który najbardziej szanuje drugiego i który, z powodu miłości do niego nie może przeszkodzić mu w złym działaniu. Możemy po trosze przeczuwać sytuację, w której znajduje się Bóg, kiedy będąc blisko związanym miłością z przyjacielem, przyjaciel ten zaczyna «robić głupstwa»... Ktoś, kto jest mniej z nim związany w miłości, mógłby dużo łatwiej poczynić mu pewne uwagi. I gdy przyjaciel czuje, że powinien zachować milczenie, nie czyni tego ze słabości, lecz po to, by ocalić większe dobro. Oczywiście jest to tylko pewna próba zbliżenia się do tego problemu; ponieważ, gdy chodzi o Boga-Stwórcę, to wszystko jest nieskończenie bardziej głębokie, gdyż Jego miłość jest pierwsza, substancjalna, jedyna; w ten sposób Bóg jest niejako «związany» ze swoim stworzeniem duchowym i nie może mu przeszkodzić w czynieniu źle, ponieważ On je kocha i nieskończenie szanuje jego wolność. Może je ostrzegać, wychowywać, lecz nie może odebrać mu jego wolności działania przeciwko Niemu, wolności bycia Mu nieposłusznym, wolności fałszywego wywyższania się we własnej pysze.
Kiedy filozof rozpatruje stwórczy akt Boga, spojrzenie Boga-Opatrzności i uwagi z jaką rządzi On człowiekiem, swoim arcydziełem, rozumie on, że jedyną prawdziwą odpowiedzią stworzenia duchowego jest uznanie w wolności i z miłością własnej zależności, adorowanie Boga, który jest jego Ojcem. Skoro bowiem akt stwórczy dosięga nas tak głęboko we wszystkim tym, czym jesteśmy, skoro cały nasz byt jest skutkiem Boga-Stwórcy, skoro nasza duchowa dusza jest bezpośrednio stworzona przez Boga – Bóg-Stwórca jest intymnie obecny w tym, czym jesteśmy. Pomiędzy nami a Nim nie ma dystansu, istnieje za to jedyny, niepowtarzalny, substancjalny, intymny kontakt. Bóg-Stwórca, bezpośredni źródło całego mojego bytu, całego mojego duchowego życia światła i miłości, jest bardziej dla mnie obecny, niż ja jestem obecny dla samego siebie. Uściślijmy: o ile mam świadomość, tego, że jestem obecny dla siebie samego, jestem tego świadomy w refleksji nad własnymi aktami myślenia i kochania; dlatego też jestem obecny dla siebie samego jedynie w świadomości, która może być tylko intencjonalna; ale, owszem, obecność ta zakorzeniona jest w substancjalnej wewnętrzności, będącej ponad wszelką intencjonalnością. Dlatego też zawsze dążę do tego, by przekroczyć ów intencjonalny sposób i ująć mojego ducha w tym, co w nim jest najgłębsze. Mogę bowiem, ponad wszelkim aktem myślenia i wolnym aktem miłości, spróbować uchwycić – w milczącej refleksji – to intymne i ukryte źródło moich działań. Nie będę jednak nigdy w stanie w taki sposób uchwycić go w sposób doskonały i bezpośredni w jego bycie, w jego bycie substancjalnym, ponad wszelkimi jego skutkami. Owszem, w takiej refleksji mogę chcieć przekroczyć te skutki, one będą jednak zawsze obecne, ponieważ właśnie gdy je przekraczam – a więc jeszcze w nich – dochodzę do głębokiej wewnętrznej ciszy, dzięki której staję wobec tego kim jestem jako duchem. Przeciwnie, Bóg-Stwórca jest obecny jako pierwsze, substancjalne źródło, jako źródło miłujące, które nieustannie się daje, nieustannie niesie to, co z niego pochodzi. Nic nie jest poza nim, nic nie jest postrzegane przez nie od zewnątrz, wszystko jest ujęte w nim i przez nie, w jego świetle i miłości. Obecności tej nie mogę jedna doświadczyć; stwierdzam ją w sądzie mądrościowym. I, normalnie, usiłuję zwrócić na nią swoją uwagę tak bardzo jak to tylko możliwie. Dyspozycją do jak najlepszego skupienia się na tej obecności i uczynienia w sobie ciszy jest akt adoracji i akt dobrowolnej miłości. Jest to całkiem inna cisza od tej, która sprawia, że skupiam się na sobie; ta ostatnia dokonuje się bowiem poprzez refleksję, przez przekroczenie własnych aktów, mające na celu skupienie się na ich wewnętrznym źródle; tymczasem cisza adoracji jest aktem miłości, aktem uznania Tego, który daje mi wszystko, który mnie chroni. Tan akt dobrowolnej miłości «bierze» mnie we wszystkim czym jestem, by mnie aktualnie ofiarować Temu, który jest źródłem mojego bytu, mojego życia, mojego światła i mojej miłości. Poprzez to odkrywam nowy wymiar mojego ludzkiego bytu: wymiar religijny. Jest to wymiar człowieka, który uznaje, że jest kochany miłością jedyną i niepowtarzalną, wieczną i który odpowiada na tę miłość ofiarując siebie; który uznaje, że Bóg-Stwórca jest pierwszy i który wszystko od Niego otrzymuje.
Ów wymiar religijny nie jest, jak niekiedy się mówiło, czymś co alienuje człowieka, czymś co go umniejsza i wprowadza go w stan uniżenia, zależności, niewolnictwa. Uznanie zależności nie musi się wiązać z alienacją. O ile bowiem zależność od czegoś co jest od nas niżej sprawia prawdziwą alienację, niewolnictwo, przeciwnie, uznanie zależności od Tego, który jest źródłem naszego bytu, naszego życia i naszego ducha, nie jest alienacją lecz prawdziwym wyzwoleniem; jest to bowiem powrót do źródła, co zawsze jest dobroczynne, szczególnie gdy jest to źródło miłości i światła. Gdyby Bóg był rywalem, to oczywiście, adorowanie Go, wejście w zależność od Niego, oznaczałoby samozniszczenie. Ale prawdziwy Bóg nie może być rywalem, On jest jedynym źródłem całego naszego bytu. Toteż radykalne zwrócenie się ku Niemu w miłości i wolności, poprzez adorację, stawia nas w najbardziej fundamentalnej prawdzie praktycznej: wszystko otrzymaliśmy od Niego i w sposób radykalny zależymy jedynie od Niego.
Naszą odpowiedzią na akt stwórczy Boga nie powinna być jedynie adoracja, ale także kontemplacja, w takiej mierze w jakiej jest dla nas możliwa. Owszem, naszego Stwórcy nie widzimy; jest On jednak dla nas obecny, On nam się daje. Poprzez Jego skutki właściwe możemy dążyć do tego, by lepiej uchwycić Jego dobroć, Jego miłość, tak by wznieść się aż do Niego. Kontemplacja ta dokonuje się zawsze za pośrednictwem znanych nam rzeczy, na które patrzymy jako na aktualne «odbicia» Jego potęgi, mądrości i dobroci. Owe rzeczy, będąc Jego stworzeniami, przesłaniają Go naszym oczom, a jednocześnie Go uobecniają i ujawniają. Stąd też musimy spośród stworzeń wybrać te, które mogą Go nam najlepiej ujawniać. W pierwszym rzędzie jest to porządek wszechświata – tak jeśli chodzi o nieskończenie wielki porządek gwiazd i galaktyk, jak i o porządek istot żywych, znajdujących się obok nas, stanowiących część naszego ziemskiego «wszechświata». Jest to również porządek życia naszego ducha, naszego umysłu, naszej miłującej woli – co odkrywamy w ciągłych poszukiwaniach prawdy. Umysł nasz, w tym, co w nim najgłębsze, jest całkowicie nakierowany na swoje źródło, przywołuje je, nie znając jego imienia, jest całkowicie na nim skupione. Czyż nie ma w nim naturalnego pożądania bytu, a więc także ukrytego źródła wszystkiego co istnieje? Nasza wola dąży do kochania. Kiedy kocha ona przyjaciela, to miłość jaka wiąże się z miłością przyjaciela jest naprawdę czymś bardzo wielkim, co może pomóc nam w uchwyceniu obecności Tego, który stworzył nas w miłości i który dał nam ową zdolność kochania. Odkrycie wielkości osoby ludzkiej w miłości jest bliższym odblaskiem Boga-Stwórcy, niż wszystko, co możemy odkryć w porządku wszechświata. Można powiedzieć, że jest to żywy obraz naszego Boga-Stwórcy. Poprzez tą obecność osoby przyjaciela jesteśmy blisko Tego, który jest w pierwszym rzędzie Osobą-przyjacielem. Owszem, miłość Boga-Stwórcy jest tak radykalna – ona jest pierwsza – że ogarnia wszelką inną miłość i chociaż nie może być wzajemna (w tym sensie, że nie istnieje naturalna miłość przyjaźni pomiędzy człowiekiem i jego Stwórcą), jednak czeka na naszą odpowiedź. Milcząca obecność Boga-Stwórcy jest tak czynna i tak «obecna»[6], że posługuje się wszystkim, co z niej pochodzi, aby nam milcząco przypomnieć, że Bóg jest obecny; mimo to nie ma w sobie nic z przytłaczającej i przygniatającej obecności, a to właśnie dlatego, że jest przesłonięta, że jest radykalna podstawą naszej autonomii i wolności.
Człowiek
nie może więc zadowalać się biernym czekaniem, «myśląc Byt», na to, że
Bóg, jeśli istnieje, wyjdzie mu na spotkanie; odkrywszy, że On istnieje
powinien Go adorować i dążyć do tego, by być jak najbliżej Niego,
kontemplując Go poprzez Jego skutki i obrazy.
[6] Jeżeli przyjrzymy się uważnie obecnemu we współczesnej filozofii stwierdzeniu mówiącemu, że «Nicość nicuje», a które wyraża niejako czynne panowanie Nicości na bytującym (innymi słowy, z perspektywy mądrościowej, nad bytem ograniczonym, stworzonym) czyż nie odkryjemy tu dialektycznej antytezy stwórczej obecności Boga? Stwórcza obecność Boga «obecnościuje się», realizuje się jako obecność, to znaczy: stanowi jedno ze stwórczym działaniem Boga, który jest jej podstawą – w przeciwieństwie do wszystkich innych obecności, dla których działanie jest jedynie podstawą, od której sama obecność jest zawsze, w konsekwencji, realnie i formalnie różna.