wspólnota   czytelnia   ludzie   strona główna   wydarzenia   adresy   linki
problem osoby   w sercu miłości   tajemnica ojca   tomasz doktor   list do przyjaciela   wprowadzenie do arystotelesa   człowiek wobec śmierci   powołani do miłości   o wspólnocie   o adoracji   o marcie robin

M.-D. Philippe,   List do przyjaciela   (fragment)

[1] [2] [3]

   ściągnij fragmenty



[poprzedni fragment]

Sąd mądrościowy

Dzięki tej kontemplacji, filozof będzie mógł spojrzeć w nowy sposób na siebie samego i na wszystko, co stara się poznać. Jest to prawdziwie «mądrościowe» spojrzenie, ponieważ dokonuje się w świetle Boga-Stwórcy. Dzięki niemu filozof będzie mógł podjąć to, co słuszne w wizji onotologizmu i egzystencjalizmu. To nowe spojrzenie mądrości patrzy na człowieka jako na stworzenie, w jego egzystencji stworzenia oraz poprzez aktualną miłość Stwórcy do niego.

1. Człowiek kontemplujący może więc uchwycić, że jest w nim, jako stworzeniu, w samym jego bycie, głęboka, radykalna «ułomność» – jako że jego akt istnienia jest otrzymany, różni się on radykalnie od tego, czym on jest, w swojej istocie. Jest więc w nim radykalna potencjalność względem własnego aktu istnienia, która sprawia, że mógłby on nie istnieć. W nim, w pewien sposób, niebyt jest przed aktem istnienia. Gdyby nie patrzył on na akt stwórczy, natychmiast popadłby w straszliwy lęk, ponieważ jest w nim owa możliwość nie istnienia. Gdyby nie widział on siebie jako zależnego od aktu stwórczego, owa możliwość nie-bycia byłaby źródłem lęku przed nicością. Widzimy, jak zapomnienie owego kontemplacyjnego spojrzenia może doprowadzić do lęku przed niebytem, chwytającym nas we wszystkim czym jesteśmy.

Filozof-kontemplatyk może uchwycić, w świetle aktu stwórczego, głębię własnego stworzonego ducha, zdolnego do wzniesienia się, swoim umysłem, aż do swojego Stwórcy i zdolnego do kochania Go adorując Go, zdolnego do kontemplowania Go. W stworzonym duchu jest nieskończone pożądanie poznania prawdy i kochania, pożądanie którego nic poza Bogiem nie może zaspokoić. W tym sensie, można powiedzieć, że w ludzkim intelekcie jest nieskończona zdolność nakierowana na Byt Pierwszy – Boga a w naszej woli jest duchowe pożądanie nakierowane na ostateczneme Dobru – Bogu. To właśnie tłumaczy naszą tak głęboko wpisaną w najgłębszym miejscu naszej woli. To nie nasza wolność zbliża najbardziej naszą wolę do Boga; lecz przeciwnie: nasze duchowe pożądanie kochania. Wpisana zaś w naszą wolę wolność może służyć duchowej miłości Boga, może też jednak ją odrzucić i przyjąć postawę sprzeciwu. Jesteśmy zdolni do wywyższenia samych siebie w naszej zdolności myślenia, w naszej radykalnej autonomii i, zamykając się w wywyższaniu siebie, odsunięcia się od Boga-Stwórcy. W naszym duchu zawsze będzie istniała owa zdolność odmowy, wyniesienia negacji miłości do rangi absolutu, aby wywyższyć samych siebie ponad wszystko.

3. W świetle aktu stwórczego, możemy również uchwycić, że nasza duchowa dusza nie może po śmierci zniknąć, że posiada ona w sobie coś nieśmiertelnego. Jest to zrozumiałe z faktu, że nasz intelekt zdolny jest adorować i kontemplować Boga-Stwórcę; co dobrze pokazuje, że istnieje istotowy «porządek» naszego ducha względem Boga i że tym samym nasza duchowa dusza może istnieć ponad naszym cielesnym uwarunkowaniem. Owszem, nasza dusza jest formą ciała, posiada jednak w sobie głębię bytu, która pozwala jej wyłonić się ponad organiczne ciało. Nasza dusza nie jest więc jedynie formą ciała, lecz posiada ona w sobie naturalny, fundamentalny «porządek» ku ostatecznemu, duchowemu celowi, którym jest Bóg. Nie chodzi już tutaj jedynie o porządek intencjonalny na poziomie czynności życiowych, lecz prawdziwie o substancjalny porządek, pozwalający stwierdzić, że nasza dusza, ponieważ jest duchowa, nie może zniknąć wraz ze śmiercią. Jaki będzie jej sposób istnienia i życia po śmierci? Na ten temat filozof nie może nic powiedzieć; może jednak stwierdzić, że dusza człowieka, w jego własnej substancji, nie znika po śmierci, a więc, że jest nieśmiertelna.

Skoro dusza jest nieśmiertelna, z konieczności musi być stworzona bezpośrednio przez Boga; zostaje stworzona, aby od wewnątrz formować poczęte biologicznie ciało. Właśnie dlatego, że jest nieśmiertelna musi z konieczności bezpośrednio zależeć od stwórczego aktu Boga. Owszem, to nie Bóg podejmuje inicjatywę, lecz odpowiada na inicjatywę rodziców, współpracuje z mężczyzną i kobietą w dziele prokreacji. Na poziomie refleksji filozoficznej nie możemy precyzyjnie orzec, w którym momencie dusza człowieka zostaje stworzona przez Boga, by od wewnątrz kształtować ciało, które zostało biologicznie poczęte i które rozwija się w łonie matki; czy z pewnością od samego poczęcia? Możemy jednak stwierdzić, że od momentu biologicznego poczęcia Mądrość stwórcza Boga zostaje niejako zaangażowana, aby, kiedy przyjdzie moment zadecydowany przez Boga, stwarzać duchową duszę, która będzie od wewnątrz formować nową żyjącą istotę i ją ogarnie, pozwalając jej stopniowo stawać się prawdziwą osobą ludzką. Dlatego też od momentu poczęcia obecna jest istota ludzka, obecna jest z całym swym «zaprogramowaniem», obecna jest wraz ze swoją duchową duszą, bądź w akcie, bądź w rzeczywistym wyczekiwaniu , według właściwego zamysłu Mądrości Bożej.

4. W świetle aktu stwórczego lepiej możemy uchwycić, że praca – choć jest czymś bardzo szlachetnym – nie może być celem, który spełni człowieka; ostatecznym celem człowieka może być jedynie Bóg. Co więcej, praca nie może być nazwana w ścisłym tego słowa znaczeniu, współpracą z dziełem Stwórcy; można jednak stwierdzić, że praca jest dopełnieniem dzieła Stwórcy, jako że człowiek posiada dzięki swojemu intelektowi zdolność panowania nad światem fizycznym i przekształcania go. Jak daleko może posunąć się człowiek w tym przekształcaniu? Może on zmieniać «oblicze» świata, zmieniać jego formy; nie może jednak dotknąć jego głębokiego bytu, którego dosięga jedynie stwórczy akt Boga. Człowiek zawsze pracuje w istniejącej uprzednio materii; przekształca ją od zewnątrz, lecz nie może jej usunąć. Zważmy tutaj na odmienne znaczenie słowa «materia» w filozofii i w naukach ścisłych. Mówimy tutaj o materii w sensie filozoficznym, a nie w sensie naukowym. Pewne jest to, że człowiek, będąc stworzeniem duchowym i religijnym, może przez swoją działalność artystyczną, oddać chwałę swojemu Stwórcy; wtedy to jego praca artystyczna służy działalności religijnej. W ten sposób powstaje się sztuka liturgiczna.

5. W świetle aktu stwórczego, możemy lepiej uchwycić, że miłość przyjaźni nie jest ostatecznym celem ludzkiej działalności, lecz celem pośrednim; a przede wszystkim, że człowiek powinien rozwijać w sobie wymiar religijny, który nadaje jego postępowaniu moralnemu nową intensywność i poszerza jego przestrzeń. Działalność religijna adoracji, której owocem w naszej woli jest cnota religii, jest podstawową działanością promieniującą na wszystkie inne ludzkie działania, aż do miłości przyjaźni; przyjaciel bowiem jest wtedy szanowany już nie tylko dla niego samego, ponieważ jest kochany, ale jeszcze jako kochany przez Boga miłością osobową i szanowany przez Boga w sposób jedyny i niepowtarzalny. Cnota umiarkowania może zaznać nowego wymogu, który może posunąć się aż do całkowitego poświęcenia się całych siebie Bogu (duch dziewictwa), tak by być bardziej wolnym względem kontemplacji. Cnota siły również będzie mogła zaznać nowej intensywności, która będzie się mogła posunąć aż do ofiarowania naszego życia za wierność adoracji jedynego prawdziwego Boga; cnota męczeństwa zakorzenia się w cnocie religii. Cnota sprawiedliwości, pogłębiona przez «zmysł» naszej relacji zależności względem Boga, rozwinie się z jednej strony w pokorne usunięcie się w obecności drugiego, który posiada zawsze jakieś jakości, których my nie posiadamy, z drugiej zaś strony w poczucie zadośćuczynienia [sens de reparation] wobec niesprawiedliwości popełnionej względem Boga przez nasze błędy pychy. Cnota pokuty może się narodzić jedynie pod wpływem cnoty religii. Jeśli chodzi o roztropność, zostanie ona podporządkowana wymogom właściwym adoracji oraz mądrości kontemplacyjnej.

Tak więc adorowanie i kontemplowanie przemieniają całą harmonię ludzkiego życia. Odkrywa się wtedy nowy wymiar antropologii: antropologię człowieka religijnego uznającego własną zależność stworzenia od swego Stwórcy. Taka antropologia rozpatruje człowieka religijnego, człowieka, który adoruje i człowieka kontemplującego, człowieka zdolnego przekroczyć siebie i ofiarować swoje życie aby uwielbić swojego Stwórcę, aby świadczyć o Jego jedynej i niepowtarzalnej miłości. Owa nowa głębia ludzkiego serca (jego zdolność religijna i kontemplacyjna, jego zdolność kochania swego Stwórcy w adoracji i kontemplacji) jest odpowiedzią na Jego darmową i pierwszą miłość; w ten sposób człowiek uznaje fundamentalne przymierze ze swoim Bogiem.

6. W świetle aktu stwórczego, możemy lepiej zrelatywizować polityczny wymiar człowieka, stwierdzając jednocześnie jego szlachetność. Lepiej rozumie się wtedy niebezpieczeństwo prymatu «politycznego», absolutnego prymatu wspólnoty nad osobą. O ile bowiem pierwszym przymierzem jest przymierze pomiędzy człowiekiem i jego Stwórcą, drugim przymierzem jest przymierze pomiędzy ludźmi w miłości przyjaźni. Aby odkryć te dwa przymierza i nimi żyć, człowiek musi zaakceptować swoją ludzką kondycję, która niesie ze sobą stawanie się, wspólne życie w którym może on zostać wychowany i w którym może rozwinąć wszystkie swoje ludzkie cechy. Człowiek musi więc uznać wymogi, które niesie ze sobą rodzina, różne wspólnoty życia, a ostatecznie wspólnota polityczna. Przez to uznaje on, że dobro wspólne rodziny oraz dobro wspólne wspólnoty politycznej mają zostać przekroczone na dwa sposoby: przez adorację (i wszelką działalność religijną jako taką) oraz przez miłość przyjaźni. Wspólnoty rodzinna i polityczna powinny szanować wszelkie wymogi religijne człowieka oraz wymogi najbardziej osobowe. Zadaniem tych wspólnot nie jest ich regulowanie i nakazywanie, ponieważ wymogi te je przekraczają; powinny one je szanować i uznać.

Rozwój postawy religijnej (poprzez akty adoracji i kontemplacji) wzmacnia poczucie wielkości osoby ludzkiej i jej radykalnej autonomii. Poprzez swoją duchową duszę człowiek zależy jedynie od Stwórcy i może być z Nim osobiście związany. Sprzeciwia się to wszelkiemu politycznemu uspołecznieniu religii. W tym właśnie sensie należy stwierdzić, że polityka formalnie religijna nie istnieje. Religijne przymierze człowieka z Bogiem przekształca natomiast bezpośrednio wspólnotę rodzinną: gdy stwierdzi się bowiem, że duchowa dusza zostaje bezpośrednio stworzona przez Boga, nie można tak samo postrzegać problemu prokreacji. Dzięki temu rodzina zyskuje bardziej fundamentalną autonomię, opartą o pierwsze przymierze człowieka z jego Bogiem.

7. W końcu, w świetle aktu stwórczego, można powiedzieć, że cały wszechświat fizyczny został stworzony przez Boga, a więc, że posiada zamierzoną przez mądrość Boga jedność. Filozof nie może powiedzieć czy wszechświat zależąc tak radykalnie od Boga został stworzony odwiecznie, czy też w czasie. Może jedynie zasugerować, powiedzieć, że wydaje się bardziej stosowne, że świat został stworzony w czasie, ponieważ wydaje mu się, że wszechświat posiada w sobie niejako swój własny rytm... nie może jednak tego stwierdzić w sposób absolutny, jako prawdę przynależącą do porządku metafizycznego czy też wypływającą z sądu mądrościowego.

Wobec zagadnienia wiecznego Bytu Pierwszego, lepiej można uchwycić właściwe znaczenie czasu, odbicia wieczności w świecie fizycznym. Platońska i neoplatońska wizja czasu jako «obrazu wieczności» powinna być w wizji mądrościowej zachowana. Dotyczy to również ruchu naturalnego, aktu tego-co-jest-w-możności o ile jest w możności: czyż nie jest to jakby ślad w świecie fizycznym spoczynku i milczenia boskiej kontemplacji?

W świetle aktu stwórczego Bytu Pierwszego można dokonać ostatecznego sądu nad znaczeniem materii. Jeśli Bóg chciał stworzyć świat materialny, to czy nie po to, by jak najlepiej móc komunikować miłość? Gdyby akt stwórczy był jedynie aktem światła, intelektu, Bóg stworzyłby jedynie czyste duchy; ale ponieważ akt ten jest przede wszystkim aktem darmowej miłości, można zrozumieć, w jaki sposób owa czysta potencjalność jaką jest materia, pozwala miłości ujawnić jej czystą darmowość. Czyż materia nie jest jakby wielkim symbolem ubóstwa stworzenia, czystej receptywności w obecności swego Stwórcy i Ojca? Tym, co w stworzeniu największe, jest właśnie owa radykalna, substancjalna potencjalność, owa zdolność oczekiwania (stworzenie całe jest oczekiwaniem swojego Stwórcy), oczekiwaniem pełnym pokoju, ponieważ złożonym w ręce Ojca. Czyż materia, w tym, co ma ona w sobie najbardziej radykalnego, nie jest fundamentem wszelkiego oczekiwania, wszelkiego pragnienia, wszelkiej nadziei, które być może najlepiej charakteryzują stworzenie jako takie (podczas gdy wierność charakteryzuje stworzonego ducha)?

8. W tymże świetle można lepiej uchwycić wielkość życia. Jedynie Bóg jest jego ukrytym źródłem; dlatego też życie to zaczęło się wyłaniać w naszym fizycznym wszechświecie w sposób tak ukryty, tak przesłonięty, dla naszych oczu, dla naszych badań naukowych niedostrzegalny. Źródło życia zostaje zawsze przed naszym ludzkim spojrzeniem ukryty. Przekazanie tak wielkiego daru dokonuje się bez rozgłosu, bez rozdźwięku, bez żadnego – jak gdyby Bóg chciał pokazać nam przez to nieskończoną czułość swojej miłości. Przekazywanie to jest przesłonięte, ukryte przez materię; dokonuje się ono poprzez materialny świat, który je strzeże i pozwala mu rozwijać się w tak nadzwyczajny sposób. To nie byt jest ukryty, ale życie. Jest ono zasłonięte przez materię, przez to, co (samo w sobie) życiem nie jest. Życie zostanie odsłonięte dopiero poprzez ducha i w nim, gdzie staje się ono świadome. Człowiek poprzez własnego ducha, faktycznie staje się stróżem życia, «pasterzem życia». Życia, które, w swoim początku, komunikuje się w tak ukryty sposób, wspaniale rozwija się aż do stworzenia duchowej duszy. Również dusza, u swoich początków, jest zasłonięta, jest jednak zdolna do rozgłaszania wielkości życia. Wraz z duchem, życie może ujawnić się, odsłonić się w pełni.

Ale czyż sam żyjący z konieczności nie jest sam z siebie źródłem życia? Tak, istota żyjąca życiem biologicznym implikuje owo przymierze życia i materii. Przymierze to pozwala, by stworzone życie było płodne, a ta płodność pozwala Bogu, Ojcu życia, pozostać jeszcze bardziej ukrytym, ponieważ istota żyjąca ukazuje się wtedy jako właściwe źródło życia; i naprawdę jest ono źródłem właściwym życia w jego płodności, nie jest jednak jego źródłem pierwszym ani źródłem ostatecznym. Z tego właśnie powodu filozofia żyjącego nie może nam pozwolić na bezpośrednie odkrycie istnienia Boga. Żyjący bowiem, będąc właściwym źródłem życia, zakrywa istnienie pierwszego źródła. Ponownie odkrywamy, w jaki sposób materia pozwala miłości bardziej się komunikować; pozwala ona bowiem, by miłość komunikowała się jako źródło życia, źródło płodności. Odkrycie tej płodności, choć nie pozwala nam na odkrycie istnienia jej pierwszego źródła, wprawia nas w podziw i w stan oczekiwania; przypadek bowiem nie może być źródłem płodności; może być nim jedynie miłość. Owa płodność ukazuje nam pierwszą miłość Stwórcy jednocześnie Go przesłaniając. Daje ona nam Jego obecność nie ujawniając nam kim On jest, nie mówiąc tego; płodność życia jest bowiem ponad mówieniem, ponad logosem, ponieważ jest tryskającym, nie skanalizowanym źródłem.

Bóg, będąc pierwszym, ukrytym źródłem życia, jest również Panem śmierci – przynajmniej jeśli chodzi o życie człowieka – ponieważ dał człowiekowi straszną władzę zabijania. Człowiek może zabijać istoty żywe niższe od siebie i jemu podległe (zwierzęta i rośliny), może je tyranizować rozbijając je. Władza ta nie może się jednak rozciągać w sposób zasadny na drugiego człowieka, który jest jemu podobnym, za wyjątkiem przypadku obrony koniecznej. Każdy bowiem człowiek posiada taką samą jak on godność, jako że jego dusza została stworzona bezpośrednio przez Boga i jako że tym samym jest bezpośrednio złożona Bogu. Człowiek powinien szanować życie drugiego człowieka; ono do niego nie należy, ono należy jedynie do Boga, podczas gdy życie istot niższych zostaje przekazywane poprzez przyczyny drugorzędne, bez specjalnej interwencji Boga-Stwórcy. Bóg chciał, by istniały owe «relais», pozostawiając w ten sposób człowiekowi możność interweniowania i zmieniania rytmu życia owych żyjących istot niższych.

Zrozumiałe jest, że wobec władzy przerywania życia istotom od siebie niższym, człowiek może odczuwać niejako święte drżenie i że może nie znosić zabijania tego, co mniejsze od niego. Poczucie to jest szlachetne, lecz brakuje mu realizmu; jeżeli bowiem Bóg dał człowiekowi taką władzę, to po to, by zrozumiał on, że jedynie życie związane z duchem jest święte, że jedynie życie człowieka jest święte. Władza ta nie może jednak zaślepić człowieka do takiego stopnia, że będzie on sądził, że postęp naukowy i techniczny dają mu prawo do samodzielnego osądzania zakresu jego władzy do życia i śmierci sobie podobnych – jak gdyby on sam był panem i sędzią swojego życia i swojej śmierci oraz życia i śmierci sobie podobnych. Jeżeli w ten sposób sądzi, że jest sędzią i panem, uzurpuje sobie miejsce Stwórcy. Może czynić to w sposób nieświadomy, nie odkrywszy istnienia Bytu Pierwszego, Stwórcy; niemniej jednak jest to gest wielkiej buty, ponieważ człowiek powinien przynajmniej szanować to, co go przekracza, czego nie poznał, co jest dla niego niewiadomym. Jeśli zaś jest uczciwy wobec samego siebie, powinien rozeznać co w jego dociekaniach jest hipotezą, a co jest naukowym, czy filozoficznym odkryciem. Czyż pochodzenie życia, pochodzenie człowieka, jego źródło, nie jest wciąż hipotezą? Człowiek nie ma prawa pominąć tego problemu, musi się z nim skonfrontować, rozumiejąc, że życie, w tym, co ma ono najgłębszego, umyka mu, że umyka mu duch; a wiec powinien zawiesić swój sąd, poczekać. Bowiem on sam, w tym co ma w sobie najbardziej fundamentalnego, pozostaje dla siebie nieznany. Jego własny początek, pierwsze momenty jego życia, jego stan skrajnej słabości w pierwszym momencie jego poczęcia – umykają. Powinien więc uszanować ten stan u tych, którzy są mu podobni, inaczej, niszczy sam siebie we własnych oczach, ponieważ jest niezdolny do wzięcia pełnej odpowiedzialności za siebie.

To, co jest prawdą o pierwszej chwili życia, o pierwszym, tak ukrytym, embrionalnym momencie, jest również prawdą w odniesieniu do ostatniej chwili, do chwili ostatecznej – do momentu śmierci. Moment ten również jest zakryty, ponieważ mówimy o «śmierci pozornej» i o «śmierci rzeczywistej». Człowiek powinien szanować ów moment zerwania duszy i ciała; to przerwanie do niego nie należy, on go doznaje. Niewątpliwie powinien on uczynić wszystko, aby podtrzymać zdrowie człowieka i pełnię jego ludzkiego życia; powinien jednak również uszanować ten ostateczny moment, który dla tego, kto patrzy z zewnątrz, pozostaje zagadkowy, a który, dla filozofa-kontemplatyka jest momentem, w którym duchowa dusza powraca do swego źródła, do swego Ojca. Czyż nie jest to największy moment ludzkiego życia? Moment, w którym duchowa dusza oddziela się od ciała, aby być samą w obecności Tego, który jest jej Stwórcą? To przejście od środowiska «światowego» do owej czysto osobowej, czysto duchowej relacji, naprawdę jest czymś najbardziej zadziwiającym i największym. Obecnie, wielu ludzi, pod wpływem ducha pozytywizmu, patrzy na śmierć jedynie w sposób zewnętrzny i już nie umie jej uszanować. O ile podziwiają oni postęp nauk i techniki, wydaje się, że ich zdolność podziwu na tym się kończy; wydaje się często, że dużo mniejszym podziwem otaczają oni samego twórcę tych dziedzin. Czyż nie jest to pewnego rodzaju bałwochwalstwo? Wyrzuciwszy ze swojej świadomości Boga, zapominają oni o godności człowieka i podziwiają jedynie widzialne dzieło, które on stworzył (i nie ważne, czy jest to dzieło sztuki, czy narzędzie). Oto dramat naszej zachodniej kultury. Skuteczność stała się niesamowita, że chce nad wszystkim zapanować. Czyż człowiek «współczesny» nie optuje na ślepo za jakąkolwiek skutecznością, zapominając czym jest płodność, a nawet ją odrzucając? Jeżeli kobieta poprzez swoje macierzyństwo jest źródłem życia, jest ona wielkim symbolem płodności; jeżeli zaś «smok» jest symbolem potęgi i skuteczności – można wtedy zrozumieć wielką wizję z Apokalipsy: rodząca Niewiasta, a przed nią stojący Smok, chcący pożreć jej potomstwo[7]. Od zawsze o to toczyła się walka we wszystkich kulturach, jednak w dzisiejszym świecie zachodnim walka ta przybiera niespotykany wymiar, co zresztą ukazuje się z wielką wyrazistością. Miłość, w tym co w niej najgłębszego, najbardziej duchowego, została zapomniana. Czyż tym, o czym filozofowie «zapomnieli» najbardziej nie jest właśnie uważne przyjrzenie się miłości? Z tego właśnie powodu filozofia stopniowo sprowadza się do techniki: logiki formalnej, czy analizy języka. Nie uznaje się już człowieka, w jego prawdziwym wymiarze zdolności do kochania, adorowania, kontemplowania – nie ma on już praw «obywatela polis»; znajduje się bowiem ponad logiką formalną i analizą języka. Niewątpliwie logika formalna i filozofia analityczna posiadają właściwą sobie wartość instrumentów, są to jednak narzędzia mające służyć myśli i kontemplacji. Kiedy tylko patrzy się na nie dla nich samych, jako na jedyną rzeczywistość, mamy do czynienia z wywyższaniem narzędzia, instrumentu dla nich samych, a człowiek – źródło narzędzia zostaje zapomniany. Zapomnienie miłości prowadzi do zapomnienia człowieka i do wywyższenia narzędzia; wywyższenie narzędzia prowadzi zaś do wywyższenia czystej skuteczności.

Czyż rolą filozofii nie jest przypominanie człowiekowi, że przeżywa on dziś zacięty bój, ponieważ on sam, jego własna godność jest jego stawką? Zawsze, gdy walka dochodzi do szczytu, nadzieja jest największa i najbardziej intensywna. Człowiek bowiem, w tym, co w nim najgłębszego, nie może zostać zniszczony przez człowieka. Choć człowiek może uwięzić drugiego człowieka, zniewolić go tak bardzo, że jego wolność nie będzie w ogóle widoczna, choć może zagrozić życiu drugiego człowieka, a nawet je zniweczyć – jego dusza duchowa mu się wymyka; w pewnych okolicznościach, właśnie w takich momentach, będzie ona mogła nawet zaznać największej wolności adorowania, kontemplowania, a także kochania jemu podobnych w sposób wewnętrzny, jako że wszystkie inne działania zostały mu uniemożliwione. W tych właśnie momentach najostrzejszego kryzysu, pod ciężarem największej tyranii, człowiek może odkryć to, co w nim jest najgłębsze i to, że może on nawet ofiarować się dla wszystkich tych, którzy go odrzucają. Pomyślmy o Sokratesie, a w innym porządku, o Chrystusie; a za nimi, o wszystkich tych, którzy będąc wiernymi poszukiwaniu prawdy i miłości, przyjęli uwięzienie, śmierć, aby do końca pozostać wiernymi temu, co w człowieku jest największe: poszukiwaniu prawdy i miłości.


[7] Apokalipsa 12, 1-4.

strona główna   początek strony