strona przyjaciół Wspólnoty Świętego Jana

wspólnota   czytelnia   ludzie   strona główna   wydarzenia   adresy   linki

thomas philippe

bibliografia książek w języku polskim  

        Ojciec Thomas Philippe OP (18 marca 1905 - 4 lutego 1993) był postacią wyjątkową. Urodził się jako trzecie z dwanaściorga dzieci, z których siedmioro wybrało życie zakonne. On sam w wieku pięć lat miał już świadomość swego powołania do kapłaństwa. Już w dzieciństwie wiele wycierpiał z powodu nie rozpoznanej głuchoty; poznał osamotnienie, szykany. Mając 18 lat wstąpił do zakonu kaznodziejskiego; jako dominikanin przeżył blisko 70 lat. Wykładał teologię na dominikańskich uczelniach w Saulchoir i na Angelicum w Rzymie. Po wojnie założył wspólnotę życia dla ludzi świeckich pragnących na modlitwie i studiach poznawać prawdę o Bogu. Potem został kapelanem w zakładzie dla osób upośledzonych w małej wiosce Trosly-Breuil na północy Francji. Przez kilkanaście lat mieszkał tam samotnie, w domu osoby odrzuconej przez miejscową społeczność, spędzając czas głównie na adoracji Najświętszego Sakramentu. Tam przyjechał do niego Jean Vanier, który z inspiracji Ojca Tomasza i pod Jego wpływem zaczął wspólne życie z dwoma upośledzonymi umysłowo mężczyznami. Tak powstała wspólnota Arki. Przez wiele lat jej sercem był Ojciec Tomasz, sprawowane przez Niego sakramenty, głoszone rekolekcje i konferencje. Był ojcem i przewodnikiem duchowym dla osób upośledzonych i asystentów Arki, dla mieszkańców wioski, dla ciągnących do Niego rzesz ludzi trapionych wszelkiego rodzaju biedami. W latach 1981-1991 dziesięć razy odwiedził Polskę, głosząc co rok rekolekcje dla ludzi związanych ze środowiskiem "Wiary i Światła". Bardzo kochał Polskę, przypisywał jej ważną rolę w duchowym odrodzeniu współczesnego świata.

         Dwa ostatnie lata życia spędził w założonej przez Jego młodszego brata i chrześniaka, o. Marie-Dominique Philippe OP, Wspólnocie św. Jana. Późna starość była dla Niego czasem wielkiego ogołocenia, nasilających się cierpień, skrajnego ubóstwa.

 

     Ojciec Tomasz umiał nie przesłaniać sobą Boga. W Jego osobie i relacjach z ludźmi nie było niczego spektakularnego. Kruchy, robiący wrażenie nieporadnego, z upływem czasu coraz bardziej zdany na pomoc i opiekę innych, nieomylnie wyczuwał najsłabszych i najbardziej odrzuconych: upośledzonych, samotnych, poranionych przez ludzi. Sam żyjący przez wiele lat na uboczu, niejako ukryty przed światem, wielokrotnie odrzucany przez innych, odsuwany na margines, szczególnie ukochał to, co słabe w oczach świata, co skryte na samym dole ludzkich hierarchii wartości. Widać to było podczas odprawianych przez Niego Mszy św., zarówno w Trosly jak w Polsce: głęboko upośledzeni ministranci, pełzające i biegające po całej kaplicy małe dzieci, osoby z trudem podchodzące do Komunii św., ludzie doświadczeni wielkimi udrękami duchowymi, przybyli czasem na krótko, z odległych zakątków Polski. Nikt Mu nigdy nie przeszkadzał, nikogo nie odtrącił. Sam nie bronił się przed ludźmi, nie oszczędzał siebie. Rozmowa, spowiedź, milcząca modlitwa z kimś były ważniejsze od odpoczynku, snu, posiłku. Ważniejsza była tylko adoracja.

     Uczył nas Eucharystii: miłości do Eucharystii, adoracji Eucharystii, przylegania całym sercem do Boga: przez czynione wielokrotnie w ciągu dnia proste akty adoracji, przez wierne rozważanie tajemnic życia Jezusa i Maryi w modlitwie różańcowej. Uczył prawdziwego dziecięctwa Bożego, które jest bezgranicznym i bezwarunkowym otwarciem na Boga, a nie ma nic wspólnego z infantylizmem, naiwnością czy ucieczką od odpowiedzialności. Uczył cichości i pokory serca. Uczył całym sobą: słowami pieczołowicie przygotowywanych konferencji, długą, milczącą modlitwą podczas indywidualnych spotkań, własną kruchością, którą zawsze ofiarowywał Bogu.

    Jego darem było słowo, "święte kaznodziejstwo", ale stopniowo największym Jego darem stawała się sama Jego obecność. Był "jednym wielkim sercem", jak powiedziała o Nim francuska mistyczka Marthe Robin. Przypominał ukochanych przez siebie świętych dominikańskich. Dominika, który rozpalał swą żarliwością ludzkie serca i płakał nad grzesznikami. Tomasza, który porażony doświadczeniem Boga uznał cały dorobek swego umysłu za "garść słomy". Uzdrawiał. W sposób cichy i ukryty, znany czasem tylko osobie uzdrowionej: z udręk duchowych, ze zranień doznanych od innych ludzi, od Kościoła, z cierpień ukrywanych latami przed całym światem. Pisze o tym kapłan i pisarz Henri Nouwen, który podczas poważnego kryzysu swego życia duchowego wziął udział w rekolekcjach Ojca Thomas: "Ojciec Tomasz głosił nauki przez cały tydzień i codziennie prosił mnie, bym siadał obok niego. Nieoczekiwanie uświadomiłem sobie, że w jego obecności dokonuje się we mnie uzdrowienie, nie mające nic wspólnego z myślami, jakie rozwija. Zrozumiałem nagle, że zna lęk lepiej niż ktokolwiek inny i że nie udziela już rad, w jaki sposób przeżywać pewne doświadczenia, ale sam stał się źródłem, miejscem, przez które przepływa łaska; jest tak ogołocony z samego siebie, że znajdując się przy nim trwasz w obecności samego Boga. Stałem przed mężem Bożym, tak promieniującym obecnością Jezusa, że nie sposób jej nie odczuć niezależnie od tego, czy jesteś wierzący, czy nie"[1].

    Był wnikliwym znawcą ludzkiej psychiki. Interesował się odkryciami naukowymi, medycyną; nie lekceważył wiedzy psychologicznej, ale widział jej ograniczenia. Wielki wpływ na Jego myśl wywarła wieloletnia przyjaźń z wybitnym psychiatrą, nawróconym na katolicyzm uczniem Freuda, doktorem Thompsonem, i ze specjalistą od upośledzeń, doktorem Préault. W swych wypowiedziach często odwoływał się do odkryć i doświadczeń tych lekarzy. Ostatecznym jednak odniesieniem dla Jego myśli, wyznaczającym kategorie rozumowania, zawsze było Objawienie, Osoby Boskie, Maryja.

    Dla Ojca Tomasza w człowieku najważniejsze jest serce w najgłębszym tego słowa rozumieniu, głębsze niż ludzki rozum i wola, umysł i duch. Serce i tkwiąca w nim świadomość miłości kryje się w każdym człowieku, niezależnie od jego inteligencji czy sił fizycznych. Jest tym wymiarem człowieka, który rozwija się nieprzerwanie przez całe życie. Szczególnie uprzywilejowane w życiu duchowym okresy życia człowieka to dla Ojca Tomasza wczesne dzieciństwo, jeszcze przed wejściem w wiek rozumny, i późna starość. Małe dzieci są obdarzone największą wrażliwością duchową, intuicyjną otwartością na Boga. W późnej starości ogołocenie ciała i umysłu oraz rosnące uzależnienie od otoczenia pozwalają coraz pełniej zawierzać siebie Bogu i wchodzić w Jego tajemnicę. Nie ma takiego cierpienia, takiego ograniczenia, takiego ubóstwa, którego nie można wykorzystać dla zbliżenia się do Boga. Człowiek słaby, nie mający oparcia w czysto ludzkich talentach i umiejętnościach, może najpełniej otworzyć się na Boga, oddać Mu siebie w ofierze.

 

    Nasze czasy widział w perspektywie eschatologicznej - jako czasy Ducha Świętego, czasy wypełnienia. Mówił, że nasza cywilizacja nie jest złem sama w sobie, ale zniszczy nas, jeśli nie będziemy święci. Świętość życia wyznawców Jezusa jest palącą potrzebą i najważniejszym znakiem czasu. Jest powołaniem każdego człowieka w każdym okresie życia, ale najlepsze warunki do jej osiągnięcia mają ludzie słabi i "ubodzy duchem", dzieci i starcy.

Agnieszka Kuryś


[1] Kathryn Spink, Jean Vanier et l'Arche. Une communion dans l'amour, Bellarmin/Fleurus 1993, s. 35-36.

 

philippe   goutierre   samuel   marie-jacques   arystoteles   jan   akwinata   teresa   claire   marta robin   dehau